Blogerzy polecają ulubione książki swojego dzieciństwa

W związku z wypadającym w dniu dzisiejszym Międzynarodowym Dniem Dziecka, poprosiłem zaprzyjaźnionych blogerów o to, żeby napisali kilka słów o swojej ulubionej książce z okresu ich dzieciństwa lub młodości. Dziewięć osób prowadzących bloga, dziewięć różnych stylów pisania i dziewięć fantastycznych tytułów. Muszę przyznać, że wyszedł z tego rewelacyjny miszmasz.


Czyściec Morrisona

Przygody Trzech Detektywów – Alfred Hitchcock

Czym zaczytywałem się, kiedy jeszcze mleko z kakaem (czy z kakao?) ściekało mi spod nosa? Była to seria przygód o Trzech Detektywach. „Przygody Trzech Detektywów” to licząca kilkadziesiąt tomów seria perypetii, trójki domorosłych miłośników śledztw. Napisana TEORETYCZNIE przez Alfreda Hitchcocka (choć z Hitchcockiem ma to tyle wspólnego, co Petru z mówieniem prawdy). Każdy z chłopców to zupełnie inny typ dzieciaka. Mamy inteligentną, ale kulawą pierdołę, tchórzliwego sportowca oraz pulchnego mózga całego zespołu. Razem tworzą naprawdę zgrane trio. Przygody trójki śledczych czyta się świetnie! Każdy tomik liczy około 120 stron. Przygód i akcji, jakie można zamieścić na tak niewielkiej ilości stron naprawdę zadziwia. Ulubiony tom? „Tajemnica jąkającej się papugi”. Tytuły może brzmią czasem lekko infantylnie, ale przygody w jakie wplątują się bohaterowie są naprawdę niebezpieczne. Same zagadki wielokrotnie są tak cholernie intrygujące i dobrze przemyślane, że gdyby którąś część mógł przeczytać sam Mistrz Alfred, to jestem pewny, że wykrzyknąłby „kurde, zajebiste!”. Czy nadaje się dla dzieci? Wydaje mi się, że mało co mogłoby zainteresować dorastające dzieciaki tak jak którykolwiek tom „Przygód trzech detektywów”.

Czytoholik

Złoto Gór Czarnych – Alfred i Krystyna Szklarscy

Spośród trzech faworytów ostatecznie zdecydowałem się na „Złoto Gór Czarnych” Alfreda i Krystyny Szklarskich. Czytałem ją w dzieciństwie trzykrotnie i każdorazowo z ogromnym zaciekawieniem przeżywałem losy plemienia Santee Dakotów.

Choć jest to powieść składająca się z trzech tomów, to tak naprawdę ukochałem tylko pierwsze dwa – „Orle Pióra” i „Przekleństwo złota”. Bo to w nich głównym bohaterem jest pierwszy z idoli mojego dzieciństwa – Tehawanka. To wraz z nim poznawałem czym jest przygoda, na czym polega odwaga, duma, szlachetność i zwykła ludzka dobroć. Przeżywałem jego dramaty i chwile radości. Śledząc jego losy, uczyłem się, co to znaczy dojrzewać jako mężczyzna i chciałem tak jak Tehawanka z młodziutkiego chłopca stawać się wojownikiem – Przebiegłym Wężem.

To książka Szklarskich otworzyła mi drzwi do wspaniałych czytelniczych wędrówek po Dzikim Zachodzie. Bez „Złota Gór Czarnych” pewnie nigdy nie poznałbym innych idoli tamtego czasu – Winnetou i Old Shatterhanda, postaci z książek Karola Maya.

Wiele książek kształtowało mnie za młodu i w konsekwencji budowało to, kim jestem dzisiaj. Ale wśród tych pozycji, „Złoto Gór Czarnych” jest powieścią wyjątkową.


Kącik z książką

Ptaki czarownicy

W „Ptakach czarownicy” zakochałam się już jako dziecko. Jest to zbiór 54 baśni fińskich, wydany jeszcze w latach osiemdziesiątych. Niektóre teksty są króciutkie – zajmują ledwie pół strony, inne z kolei rozrastają się do opowieści ciągnących się przez kilkanaście kartek. W wielu z nich pojawia się ten sam motyw diabła, Ducha Lasu i nieboszczyków spłacających swe długi po śmierci. Nie są to z pewnością baśnie przeznaczone dla małych dzieci – niemal w każdej historii ktoś ginie, często w bardzo w brutalny sposób. Odrąbywanie głów, darcie skóry z pleców, łamanie żeber i tryskająca wokół posoka mogą maluchom zapewnić co najmniej kilka nocy pełnej koszmarów. Nie pamiętam już, ile razy w ciągu ostatnich kilku lat przeczytałam „Ptaki czarownicy”, chyba nigdy się nimi nie znudzę. W końcu kto powiedział, że baśnie są tylko dla najmłodszych?


Świat Bibliofila

Hobbit – J. R. R. Tolkien

Niewiele jest książek, o których bardzo lubię mówić i kolejny raz po nie sięgać, a do tego sięgają aż do czasów dzieciństwa. ,,Hobbita” czytałem jeszcze w gimnazjum i sięgnąłem po niego sam, bo nie był lekturą szkolną, które przeważnie tylko czytałem. Wielki sentyment i bardzo pozytywne wspomnienia, które nie wygasną nigdy. Mógłbym mówić o nim i o całym Śródziemiu godzinami, najlepiej przy ognisku albo kominku. To jedno z najważniejszych dzieł w historii fantasty i zdecydowanie w pierwszej kolejności kierowane do młodego czytelnika, chociaż zakochało się w nim wielu dorosłych. Czegóż tu nie ma? Świetni i różni bohaterowie, emocjonująca i niezwykle ciekawa przygoda, barwnie przedstawiony świat i perfekcyjny styl autora, które powodują, że tę cieniutką książeczkę pochłania się z wypiekami na twarzy. Czytelnik powędruje wraz z bohaterami i przyjdzie mu się spotkać i/lub zmierzyć z goblinami, wargami, elfami, leśnymi ludźmi, orłami, smokiem. Odwiedzi dom potężnego Beorna, krainę elfów Rivendell, jaskinię goblinów, Dzikie Krainy czy Mroczną Puszczę. Pozna lepiej bohaterów i otaczający ich świat pełen niesamowitych miejsc. Będzie pełno przygód, wesoło, emocjonującą, czasami strasznie, ale zawsze bardzo ciekawie. Bilbo, Gandalf i Krasnoludy zapraszają do swojej przygody!


Uciekające strony

O psie, który  jeździł koleją – Roman Pisarski

Ulubiona książka z dzieciństwa? Pierwsza moja myśl – ,,O psie, który jeździł koleją”. Napisana przez Romana Pisarskiego, powstała w oparciu o prawdziwe wydarzenia, przepiękna, wzruszająca opowieść o bardzo szczególnej więzi powstałej pomiędzy czworonogiem, a człowiekiem. Historię psa – Lampo, poznałam kilkanaście lat temu i wspominam ją do dziś. Nie tylko dlatego, że jestem ogromnym zwierzolubem. Jego losy bardzo mnie poruszyły, a nawet teraz pisząc ten krótki tekst, łzy same stają w oczach na wspomnienie o tragicznym finale. Ujęła mnie jego wierność oraz poświęcenie w stosunku do człowieka. Utwór porusza bardzo ważny temat dotyczący przyjaźni i miłości, skłania do refleksji, uczy empatii oraz szacunku do zwierząt. Uważam, że jest to obowiązkowa pozycja literacka zarówno dla małych, jak i dużych. To urocze, mądre zwierzę jest doskonałym przykładem lojalności i oddania.


UnSerious.pl

Akademia pana Kleksa – Jan Brzechwa

Są książki, które zawsze będą wywoływać uśmiech na naszej twarzy i będziemy darzyć je wielkim sentymentem. Wszystko przez to, iż kojarzą się one nierozerwalnie z najpiękniejszym etapem naszego życia – dzieciństwem.

No i ja również w swoim repertuarze posiadam taką książkę, która przywodzi wspomnienia poobijanych kolan, wspinania się po płotach, świeżych jagód, ciepłej szarlotki i powrotów do ciepłego rodzinnego domu. Tą książką jest dla mnie „Akademia Pana Kleksa” Jana Brzechwy.

Po latach śmiało mogę powiedzieć, iż właśnie ta książka rozbudziła we mnie „fantastycznego bakcyla”. Czytałam o przygodach Adasia Niezgódki i jego przyjaciół jakby były moimi własnymi. Odkrywałam ten bajkowy świat i chciałam czerpać z niego pełnymi garściami. Pragnęłam, by w mojej szkole pojawił się równie charyzmatyczny nauczyciel, jakim był Pan Kleks. Drżałam na samą myśl o Golarzu Filipie i wycinałam piegi ze zbieranych naklejek, które później przylepiałam sobie na policzkach.

I tylko jednego było mi wtedy żal. W sumie to czułam się wręcz urażona faktem, iż do Akademii mogli uczęszczać tylko chłopcy. Jednak i na ten punkt miałam przygotowany plan awaryjny, który pozostanie moją małą, słodką tajemnicą. 😀


Z piórem wśród książek

W pustyni i w puszczy – Henryk Sienkiewicz

Od zawsze byłem #teamSienkiewicz – jak się okazuje już od najmłodszych lat ceniłem sobie prozę Henryka Sienkiewicza. ,,W pustyni i w puszczy” była jedną z pierwszych książek tego autora, którą przeczytałem i pokochałem. Dla dzieciaka, którym wtedy byłem, przygody Stasia i Nel były niemalże jak podróż w czasie i przestrzeni – zwłaszcza, że autor nie bez powodu uhonorowany został w 1905 roku nagrodą Nobla. Co prawda samo ,,W pustyni i w puszczy” wydane zostało po raz pierwszy pięć lat później, jednak ciągle jest to jedna z tych historii, które wspominam po dziś dzień.
Wciąż pamiętam baobab, w którym zamieszkali główni bohaterowie, a który przerobiony został na całkiem znośne mieszkanie. Wciąż pamiętam zdobywanie chininy – wtedy pierwszy raz dowiedziałem się czym jest żółta febra oraz chinina. O, jakie było zaskoczenie dla mnie, kiedy się dowiedziałem, że obecnie chinina to jeden ze składników toniku! Słoń, któremu Nel nadała imię King, jest również dla mnie żywym przykładem tego, jak bardzo ta powieść potrafi zadomowić się w pamięci. A w końcu czytałem ją jako podrostek, który spogląda na świat z wysokości pępka przeciętnego dorosłego. Zdecydowanie polecam każdemu, kto chce przeżyć niesamowitą przygodę, którą zapamięta do końca swojego życia!


Za okładki płotem

Burzliwe dzieje pirata Rabarbara – Wojciech Witkowski

Wydane w 1979 r. ,,Burzliwe dzieje pirata Rabarbara” autorstwa gdańskiego marynarza i pisarza Wojciecha Witkowskiego to przezabawna, pełnokrwista (choć bezkrwawa) historia zbuntowanego żeglarza z fregaty „Pierś łabędzia”, przemianowanej na „Kaczy kuper” przez złośliwego kapitana Octa. Spiracony Rabarbar pływa na szkunerze o żaglach w kwiatki (uszytych przez wiernie wspierającą go żonę Barbarę), a z kapitanem Octem stacza prawie dwie bitwy morskie z użyciem arbuzów i pomidorów. W chwilach namysłu pyka fajkę nabijaną tureckim pieprzem (jej cybuch zrobił z długiej dziury owiniętej blachą), pochłania hurtowe ilości grochówki, i wreszcie dochowuje się nieodrodnego syna. A cała ta niezwykle barwna opowieść uzupełniona jest o kapitalny obraz relacji małżeńskich i wielopiętrowy humor sytuacyjny i językowy dla osobników w każdym wieku. Z wyluzowanym stylem idealnie współgra oprawa graficzna Edwarda Lutczyna. Mnie, jako związanemu z żaglami niemal od urodzenia, Rabarbar jest postacią szczególnie bliską, a książka ta towarzyszyła mi nieprzerwanie aż do studiów (pisałem na zaliczenie tekst o jej walorach pedagogicznych). W ostatnich latach za sprawą córki przeżyła wielki powrót, przy czym Ula czyta ten sam, 39-letni już egzemplarz.


Oczytany.eu

Winnetou – Karol May

„Winnetou” Karola Maya, to najważniejsza i przez długie lata najukochańsza książką mojego dzieciństwa. To właśnie ta lektura sprawiła, że po raz pierwszy w życiu popłakałem się w czasie czytania. Powieść opowiada o przygodach tytułowego bohatera – wodza indiańskiego plemienia Apaczów i jego białego przyjaciela Old Shatterhanda – alter ego samego pisarza. Młodzi wojownicy pomimo początkowych nieporozumień stają się najlepszymi przyjaciółmi. Razem przeżywają liczne przygody, stając oko w oko z niebezpiecznymi plemionami Indian i stawiają czoła groźnym przestępcom przybywającym na Dzikim Zachodzie.

Czytając „Winnetou” zachwycałem się światem Dzikiego Zachodu. Wędrowałem wraz z głównymi bohaterami po prerii i marzyłem o tym, by stać się jednym z nich. Uczyłem się, że w życiu powinno się zawsze postępować honorowo, że należy pomagać słabszym od siebie i jak wielką wartością jest prawdziwa męska przyjaźń. To właśnie ta książka pokazała mi inną twarz czerwonoskórych – jakże inną od tej, którą znałem do tej pory z filmowych westernów.

Prosty język, wyraziste postacie i niesłabnące od pierwszej do ostatniej strony tempo akcji. Wszystko to sprawia, że mimo pokaźnych rozmiarów, „Winnetou” czyta się jednym tchem. Jest to obowiązkowa lektura dla każdego młodego chłopaka. Trzeba ją znać!


Co sądzicie o tych tytułach? Jakie są Wasze ulubione książki z okresu dzieciństwa lub młodości? Zapraszam do komentowania.

Please follow and like us:
  • Wyszło z tego naprawdę świetne zestawienie 🙂 I chyba też dosyć obrazowe dla naszego pokolenia 😉

    • Ja jestem zachwycony. Fajnie sobie przypomnień niektóre książki, które My, pokolenie lat 70 i 80 czytaliśmy.

      • Z powyższych nie znam tylko detektywów i Rabarbara, chociaż ten ostatni gdzieś mi się kołacze po głowie 🙂

        • To podobanie jak ja – te dwa tytuły nie są mi znane, choć w sumie Rabarbar powinien. 😉

          • Ja się podpinam i niestety Kasiu o Twoich Ptakach też nigdy nie słyszałem 🙁 Dzięki Kasiu za udział w zabawie 🙂

          • @oczytanyeu:disqus @zpiorem:disqus Może jako chłopcy po prostu w baśniach nie gustowaliście 😉

          • My od małego pornosy tylko 😀 A tak serio, to właśnie wychodzi nasza różnorodność. Co to by było, jakbyśmy 9 razy Antka opisali 🙂

          • Nie no, Baśnie Braci Grimm to praktycznie w jednym paluszku mam! Nawet chyba gdzieś leży książka. 😀

        • A ja z kolei nie kojarzę w ogóle „Ptaków czarownicy”. 😛 Rabarbara i detektywów co prawda nie czytałem, ale wiem o ich istnieniu. 😀

  • Wyszło fenomenalnie i przy niektórych tytułach, aż się łezka w oku zakręciła. 😀

    • Te tak uważam. W końcu najlepsze pokolenie 😉 Dzięki za udział w zabawie 🙂

  • Anna Nawrat

    „Winnetou” to najukochańsza książka mojego dzieciństwa i z ręką na sercu przyznam, że i dziś do niej wracam raz na parę lat. Można czepiać się stylu Maya, można zwracać uwagę, że wiedzę o prawdziwym Dzikim Zachodzie miał niepełną, ale nikt tak jak jego bohaterowie nie uczyli przyjaźni, poświęcenia, wiary w siebie i w innych. Uważam, że każde dziecko powinno spotkać się ze szlachetnym wodzem Apaczów i jego białym towarzyszem, by przenieść się w świat najwspanialszych przygód na amerykańskich preriach.

    • O tak. Cudowna lektura. Jest od groma błędów merytorycznych, jest ta naiwność i ta doskonałość bohaterów, ale czyta się to jednym tchem i marzy by być jednym z nich 🙂 Przy okazji witam na blogu, bo chyba jeszcze Cię tu nie widziałem 🙂

      • Anna Nawrat

        Właśnie tak! Do dziś pamiętam, jak próbowałam „po indiańsku” skakać z korzenia na korzeń w lesie;)

        Odwiedzać odwiedzałam, ale to pierwszy komentarz, owszem. Od teraz będzie ich więcej;)

        • To zapraszam serdecznie, bo bardzo sobie cenię wszystkie komentarze, nawet te z konstruktywną krytyką 🙂
          Ja natomiast z Winnetou na zawsze zapamiętałem, że z niedźwiedzia najsmaczniejsze są łapy i szynka 😀

  • Świetnie to wyszło! Bardzo interesujący wpis, faktycznie wiele ciekawych książek można sobie było przypomnieć 🙂
    Cieszę się, że nie zdecydowałem się opisać „O psie, który jeździł koleją”, bo miałem na to chrapkę i szalenie miło wspominam tę książeczkę. Ale ostatecznie wygrał Tehawanka 🙂

    • Zgadzam się, że wyszło naprawdę super. Każdy z nas ma swój styl i inna literatura jest dla każdego najważniejsza. Dzięki temu mamy super miszmasz 🙂

  • Świetny wpis. A jaka różnorodność gatunkowa. Super!
    Zawsze z rozrzewnieniem wspominam książkę „O psie, który jeździł koleją”, choć gdybym miała wybrać tę jedną jedyną ulubioną z dzieciństwa, wybór pewnie padłby na „Doktora Dolittle i jego zwierzęta” 🙂
    A, no i szacun dla kolegi „Z piórem wśród książek” za Sienkiewicza. Naprawdę podziwiam, bo do dziś nie mogę przebrnąć przez „W pustyni i w puszczy”.

    Pozdrawiam 🙂

    • Ja Sienkiewicza też uwielbiam. Faktycznie ładna mieszanka powstała. Ale to zasługa blogerów, bo jak się dziś patrzy na nasze blogi, to tak samo każdy ma różny gust.

  • Rewelacyjny ten wpis! Najlepsza jest ta różnorodność. Fajnie poznać kto co czytał gdy był mały 😀

    • Cieszę się, że Ci się podoba. W końcu sama współtworzyłaś ten wpis 🙂

  • Ciacho

    Wiesz co Ci powiem? Patrzę tak na te polecanki i w sumie sam mógłbym się stać odbiorcą docelowym, bo ja nic poza tym moim „Hobbitem” nie czytałem. 🙂 Nawet tego Sienkiewicza, z którym w sumie wiążę się u mnie nieciekawa historia, bo bardzo dobrze pamiętam jak na polskim (i to rpzez moją wychowawczynię) byłem pytany 3 razy i dostałem 3 jedyny, a i tak tego nie przeczytałem wtedy i do dziś. I nie przeczytam! Podobnie mam z „Lalką”. W sumie to dwa autorzy, którzy byli ewenementem, bo w sumie lektury czytałem w większości, no a z tymi tak się jakoś zdarzyło. Tylko, o ile „W pustyni…” miałem tylko na przedmiocie do zaliczenia, o tyle „lalkę” na maturze… 😀

    • Hehe. W takim razie ten wpis dedykuję Tobie 🙂

      To faktycznie nagrabiłeś sobie tym Sienkiewiczem 😀 I o ile Lalkę rozumiem, bo to nuda straszna, tak w Pustyni ja na tamte czasy nawet ciekawie mi się to czytało. Ale casami tak jest, że jak coś nie podchodzi, to święty Boże nie pomoże. Ale 3 kosy to by mnie chyba i najgorszego gów… przekonały :DDDD

      • Ciacho

        Hehe, mi, jako jedynemu dorosłemu + dzieciakom. Dzięki 🙂

        Ja nie mam pojęcia czemu tego wtedy nie przeczytałem i w sumie nie wiem do dziś. Bo „Lalki” z powodu grubości i tematyki. Miałem ją nawet w domu, bo mama kiedyś od koleżanki przyniosła. A mimo wszystko nawet przed samą maturą nie przeczytałem lepszego streszczenia. No i mi się trafiło widzenie Łęckiej, czy jakoś tak, tam to interpretacji było. Lałem woda jak cholera i zdałem, chociaż można było lepiej. Ale nie sięgnę po te dwie książki nigdy, takie moje postanowienie i koniec. Jak osioł. 😀

        • Czasami tak jest, że ,,zły dotyk boli przez całe życie” ;P Na siłę do czytania czegoś nie ma co się zmuszać. A nóż widelec Ci kiedyś odwali i postanowisz jednak traumę zwalczyć 😀

  • Marcin Mochal

    Daj pan spokój, „O psie, który jeździł koleją” to trauma na całe życie ;-). A tak na serio to do tej pory mam sentyment do „W pustyni i w puszczy”, „Hobbita” i tej nieszczęsnej psiej Anny Kareniny.

    • Ja właśnie mam w planach za kilka dni przypomnieć sobie pieska 🙂