To nie był film – Michał Jan Chmielewski

Dzisiaj inaczej niż zwykle. Nie ma opinii, za to jest opowiadanie Michała Jana Chmielewskiego ,,To nie był film”, które jest inspirowane piosenką zespołu Myslovitz o tym samym tytule. Mam ten zaszczyt, że autor zaproponował mi, żeby premiera tego utworu miała miejsce właśnie na moim blogu.

Jak sam Michał napisał, opowiadanie jest mroczne i mięsiste. Bo właśnie taka jest twórczość tego autora. Do tej pory na moim blogu ukazały się opinie na temat jego dwóch powieści: „Złe” i „Zrobiłbym coś złego”.  Jeżeli jeszcze ich nie czytaliście, to jak najszybciej nadróbcie tę zaległość, ponieważ Michał Jan Chmielewski to naprawdę zdolna bestia.

Zapraszam do lektury.

To nie był film

Michał J. Chmielewski

Zabiliśmy ją.

Na ekranie Bruce Willis mieczem samurajskim otworzył brzuch grubasa, pedał w mundurze przestał gwałcić Marcellusa, zaś sam Marcellus przeładowuje strzelbę, pakuje ołowiany grad w pedalskie jaja i zapowiada słynną jesień średniowiecza.

– Ach, chciałbym sobie postrzelać – mówi Tomek.

– No – przytakuję obojętnie. Kto by nie chciał.

Siedzimy znudzeni na kanapie w jego pokoju, popijamy piwo, które wcześniej przemyciliśmy przez korytarz. Wieczór, za oknem ciemno, temperatura schodzi już poniżej zera. Późna jesień.

– Kogo byś zastrzelił? – pytam. Sam nie mam konkretnego typu, no, może nauczycielka matematyki, której życiowym celem wydaje się usadzenie mojej skromnej osoby na drugi rok w tej samej klasie, bo nie zostałem Pitagorasem.

– Sam nie wiem. – Wzrusza ramionami. – Wiesz, do dziewczyn na ulicy. Nie do tych zwykłych dziewczyn, ale do tych najpiękniejszych, wiesz o co chodzi. Chciałbym patrzeć w ich oczy, jak marnieją i więdną.

O kurwa.

Ja nie widzę potrzeby ujrzenia czegoś takiego. Nie rozumiem, dlaczego go to kręci. Śmierć zawsze wygląda tak samo. Zamknięte oczy, efekt dźwiękowy, jakaś muzyczka albo smutny ton. Koniec, the end, napisy końcowe. Tak to wygląda w teorii.

W praktyce? Nie wiem. Nie sądzę, bym kiedykolwiek odważył się na taki krok. Zastrzelić kogoś w wyobraźni, zabawa taka, to co innego. W filmach wygląda to śmiesznie proste.

– Swoją drogą, wiesz – ciągnie Tomek, opróżniając puszkę. – Ciekawe jak to jest, tak naprawdę zabić. W rękach trzymać przeznaczenie, jego panem być.

– Nie wiem. Ale wydaje mi się, że to jest nieco trudniejsze niż na filmie. – Kiwam głową w ekran. Leci „Pulp Fiction”.

– A to wiem, to na pewno. Jest u mnie w klasie taki jeden ziomek, nie znasz go, jego ojciec jest policjantem, opowiadał mi, że taki gówniany pistolecik, jak źle się trzyma, to odrzut przy strzelaniu może wyrwać dłoń z zawiasów. Znaczy, wiesz, szarpie jak cholera.

– Pewnie tak.

Kojarzę chłopaka. Często przychodził do szkoły z nową historią, którą zasłyszał od ojca. Tomek wyciąga je od niego, potem opowiada mi. To właśnie z tego źródła dowiedziałem się, że jeżeli policjanci przyjeżdżają, dajmy na to, do potrącenia pieszego, pierwsze na co zwracają uwagę, to czy potrącony ma na nogach buty. Jeżeli siła uderzenia wyrywa denata z butów, niemal w stu procentach wyrywa też życie.

Albo dziesiątki opowieści o samobójcach – jak to zrobili, co ich do tego popchnęło. Chłopak mniej więcej w moim wieku poszedł do piwnicy i powiesił się na pasku, bo rzuciła go dziewczyna. Zadłużony po uszy czterdziestolatek – zawisł w swojej piwnicy. Najciekawsze, jak do tej pory, było o łebku, który powiesił się na klamce od drzwi.

Niestety, albo może i stety, policja w kilkutysięcznym mieście – takim zadupiu jak nasze – nie ma zbyt wielu okazji, by używać broni.

Być może, gdyby Tomek usłyszał o tym kilka historii, swędząca ciekawość dałaby mu spokój.

Film leci dalej, otwieramy po drugim piwie  i oglądamy dalej. Jest piątek, wieczór, zimny jesienny wiatr wślizguje się za kołnierze. Właśnie na takie wieczory jak te wynaleziono odtwarzacze kaset VHS. Oglądamy filmy taśmowo, wszystkie, jakie uda się nam zorganizować, choć przeważają horrory. Urodzeni mordercy, Kalifornia, Siedem, Harry Angel, Pulp Fiction, Hellraiser i Freddy. Lato minęło, na dworze nie ma nic do roboty, pozostaje siedzenie przed telewizorem. Codziennie filmy są dla nas jak biblia. Oglądamy je po kilka razy, komentujemy ulubione sceny, wychwytujemy szczegóły. Spędzamy na tym całe wieczory, niekiedy noce. Część z nich znam aż za dobrze, te same sceny, nawet w snach je widzę.

Teraz często pytają się mnie o rodziców. Czy wiedzieli o tym wszystkim? Ale nie bardzo rozumiem. Bo niby o czym? Że oglądaliśmy filmy? Oczywiście, że tak. Że były to krwawe horrory? Pewnie. Co w tym dziwnego? Mamy po szesnaście lat, większość chłopaków w naszym wieku ćpa dopalacze, jeszcze większa część nimi handluje. My tylko oglądaliśmy filmy.

Dużo rozmawialiśmy z Tomkiem, jak to by było – tak naprawdę zabić. Dzieliliśmy ludzi na kategorie – tych do odstrzału natychmiast i tych, którym dalibyśmy jeszcze szansę. Często mówiliśmy „zabiłbym tego i tamtego”, ale to tylko takie gadanie. Wszystko rozgrywało się na płaszczyźnie teorii, nic nie wychodziło poza jej granice.

– A gdzie byś to zrobił? – pyta Tomek, wkładając do odtwarzacza kolejną kasetę. – Wiesz, gdybyś miał wybrać miejsce?

Zastanawiam się chwilę.

– Tam gdzie zawsze jest ciemno i gdzie prawie nikt nie chodzi. – Nic innego nie przychodzi mi do głowy.

Tomek przytakuje powoli, z namysłem.

– No, wiadomo – odpowiada. – Ale gdzie konkretnie? Może w parku pod lasem, na torach, przy garażach?

Nie. Zdecydowanie nie. Znam te wszystkie miejsca. Faktycznie, są mało uczęszczane, zwłaszcza w godzinach wieczornych, ale jednak nie pasują.

Nasze miasto jest niewielkie, siedem tysięcy dusz, ale posiada wiele takich punktów, gdzie nie zapuszcza się nikt. Za Biedronką, niedaleko torów, ciągną się tam wały i pagórki, wszędzie pełno krzaków. To byłoby świetne miejsce. Tereny trochę bagniste, więc nie byłoby problemu z ukryciem ciała. Gdy byłem młodszy, po osiedlu krążyły ponure legendy o zamieszkujących tam piżmakach, wielkich jak koty. Łatwo sobie wyobrazić, jak taka ogoniasta rodzinka, ohydnie piszcząca, dobiera się do ciała i ogryza ciało z mięsa, a po pewnym czasie pozostają tylko kości.

Jednak to, co jest zaletą takiego miejsca, jest też jego wadą. Tam naprawdę nikt się nie zapuszcza. Można by tam czekać dni, noce, tygodnie.

Dlatego myślę o innym miejscu.

Kładka jest małym, metalowym mostkiem nad niewielką rzeczką, która oddziela blokowisko i osiedle starych, poniemieckich kamienic w większości przeznaczonych do rozbiórki. Rzeka jest płytka, zamieszkana przez głupiutkie, urocze kaczki. Zarówno kładkę jak i rzekę otaczają wysokie na kilka metrów krzaki, a szum wody idealnie tłumi niepokojące hałasy – na przykład krzyk. Kilka razy w życiu miałem okazję przechodzić tamtędy nocą. Lamp nie ma, bo nie ma też chodnika. Jest tylko wydeptana do twardej ziemi ścieżka. Sama kładka dudni złowieszczo, ilekroć ktoś po niej idzie.

To idealne miejsce.

Nie pada żadna data, żaden konkretny dzień. Ta decyzja w nas rośnie, dojrzewa, każdego wieczoru przy piwie nabiera kształtu i sensu. Wspominam Tomkowi o kładce. Prawie podskakuje z radości, dziwiąc się sobie, dlaczego sam nie wpadł na taki genialny pomysł.

– Zajebiste miejsce – mówi podekscytowany. Siedzi na parapecie przy otwartym oknie, jara szluga. Ja zaś stoję przy drzwiach na czatach. Gdy wypala połowę, zamieniamy się miejscami.

Nie planujemy tego. Nie podejmujemy decyzji, bo ona podejmuje się sama.

Rozmawiamy o tym, kiedy moglibyśmy to zrobić. Czym moglibyśmy to zrobić? Ani razu nie pada konkret na temat daty. Bawimy się tą myślą, fantazjujemy, w tle hałasuje motor piły motorowej w „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną”.

A jednak, osiemnastego listopada, wieczorem, podczas seansu „Piątku Trzynastego”, padają takie oto słowa:

– Ty… a może byśmy tak kiedyś… może dzisiaj.

– Tak, zróbmy to – mówię, przytakując. – Tak by nikt nie widział.

Plecak, w środku młotek i nóż. Narzędzia zbrodni ciążą na moich plecach. Idziemy pod osłoną nocy, po cichu. Idziemy zabić. Przecinamy blokowisko. Nie mówimy nic. Zimno, niebo czarne, podziurawione gwiazdami. Zapaliłbym, ale zabrakło na fajki. Trudno. Mijamy ostatni blok, mijamy plac zabaw i zbliżamy się do wydeptanej ścieżki, która niknie w ciemnościach i pogrążonych w nich krzakach.

– Tylko pamiętaj, bez hałasu, bez zbędnych emocji – mówi Tomek.

Serce mi dudni jak cholera, mało nie połamie żeber. Rozglądam się na wszystkie strony, zaczynam się bać.

– Przestań. – Tomek klepie mnie po ramieniu. – Nie myśl o tym. – Wyciąga z plecaka nóż i młotek. Waży je w dłoniach, ogląda je. Oddaje mi nóż, młotek znika w jego rękawie. – Najlepiej dźgnij w gardło, o tutaj, tak, dokładnie tutaj.

– Ale kogo?

– Nie wiem. Nie będziemy wybierać. Ten kto pierwszy. Nie martw się, po prostu to rób.

Z ciemności wyłania się kontur kładki. Szum rzeki tłumi dudnienie serca.

Tomek odciąga mnie na bok, pochyla się i przykłada palec do ust.

– Cichutko – szepcze. – Poczuj w sobie siłę i rób tak, by zabić.

Już wiem, dlaczego się skrada. Przy kładce, po drugiej stronie rzeki, stoi człowiek. Skradam się za Tomkiem. Dopiero teraz – ale lepiej późno niż później, nie? – dopadają mnie wątpliwości. No bo jak to, tak po prostu ukatrupić? Fajnie się o tym rozmawia w domu, na kanapie, legalnie, bezpiecznie, bez konsekwencji. Ale naprawdę zabić człowieka to co innego.

Zabić człowieka to zabić człowieka. Tego nie można cofnąć, nie da się przewinąć jak kasety VHS. Żeby chociaż pauza była, można by się zastanowić.

Jednak, to nie kaseta VHS. To nie jest film. To jest życie.

Tomek zmienia się nie do poznania. Zachowuje się jak rasowy drapieżnik, doświadczony łowca, piękny morderca. Wchodzi na kładkę szybko i bez hałasu. Osoba po drugiej stronie patrzy w krzaki, nie widzi go i nie słyszy.

Ja ją widzę. To kobieta. Stoi i się patrzy, jej instynkt śpi, przeczucia milczą, bo Tomek jest bardzo blisko, a ona nic.

W końcu Tomek znajduje się tuż za nią. Bez zbędnej zwłoki bierze zamach, słyszę głuche łupnięcie, kobieta pada ciężko na ziemię, a Tomek poprawia. Widzę, jak kobieta podnosi ręce, próbując się bronić, ale dla Tomka nie stanowi to problemu.

Uderza znowu.

Znowu.

I znowu.

Kobieta ma jakieś pięćdziesiąt lat. Leży i rzęzi, ubrana w płaszczyk i berecik, czekając na śmierć. Tomek bierze jej torebkę, grzebie w portfelu, wyciąga pieniądze. Kobieta rusza się lekko, wyraźnie chce coś powiedzieć. Tomek uderza kolejne dwa razy i to koniec.

Spoglądam na niego, on na mnie.

– Patrz jak pięknie – mówi cicho, bardziej do siebie niż do mnie, pomazując palcem kobietę. Dookoła jej głowy rośnie kałuża krwi. – Prawie tak jak w filmach.

Cisza. Cisza dookoła, otacza nas wraz z ciemnością.

Tomek pochyla się nad ofiarą. Krew pulsuje mi w skroniach, rozsadza czaszkę, ręce drżą – nie wiem, z podniecenia czy ze strachu. Tysiące myśli na sekundę i żadna konkretna. Tomek coś mówi, pokazuje palcem, porównuje do sceny z jakiegoś filmu, chichocze – niewiarygodne, ale naprawdę, on chichocze! – śmieje się i mówi coś o filmach.

– Patrz jak pięknie – powtarza. – Zapamiętaj to, chłopie, zapamiętaj, nasza pierwsza ofiara.

Kobieta nie żyje. Zamordowaliśmy ją, bo tak. Mordercy, bestie – tak nas nazwą w gazetach. Sędzia będzie patrzył na nas z obrzydzeniem. Nasi adwokaci nawet nie będą się starać. Będzie wyrok dożywocia. Ale nie dostaniemy go za tę kobietę.

Zaciskam i rozluźniam pięści. Oddycham szybko i płytko, czekam na coś w środku, jakieś głębsze uczucie, jakiś żal, ale nic takiego się nie dzieje.

– Babciu? – słyszymy. Dziewczynka wychodzi z krzaków, zdziwiona patrzy na nas. Wygląda na siedem lat, może osiem, ale nie więcej. Powtarza: – Babciu?

To za nią dostaliśmy dożywocie.

Po kwadransie Tomek wychodzi z krzaków, wyciera ręce w kurtkę.

– Jesteś, kurwa? – pyta w ciemność.

Czekam przy kładce. Kobieta czeka przy wodzie, tak jak ją zostawiliśmy. Tomek patrzy to na mnie, to na nią.

– Wrzucamy ją? Chodź, pomóż mi.

Rzeka nie jest głęboka, sięga mi do jaj, a im dalej od miasta, tym więcej krzaków na drodze. Nie popłynie daleko. Ktoś ją jutro znajdzie. Wyjdzie z psem, na poranny jogging, i wtedy ją zobaczy.

Tomek raz jeszcze sprawdza jej kieszenie, wyciąga chusteczki do nosa i brzęczące drobniaki, pęk kluczy, potem torebka i jeszcze więcej drobnych trafia do jego kieszeni. Wszystko, prócz tych pieniędzy, ląduje w wodzie.

Mimowolnie zerkam w krzaki. Drgam, dygotam. Chcę i nie chcę, by wyszła z nich dziewczynka.

– Pomóż mi, kurwa – Tomek ciągnie kobietę w stronę wody. Widzi, gdzie się patrzę. – Nią się nie martw na razie, pomóż mi z tym.

Pomagam. Ciągnę babkę za rękaw. Gdy jesteśmy na środku rzeki, puszczamy. Ciało odpływa powoli, jakby od niechcenia, trochę to trwa, lecz w końcu znika nam z oczu.

Wychodzimy z wody, a ja nie mogę oderwać wzroku od krzaków.

– Chodź, nie martw się nią. – Tomek kładzie mi dłoń na ramieniu. – Załatwiłem to jak trzeba.

– Jak nas złapią, dostaniemy dożywocie – mówię.

– Nie złapią. Nikt nas nie widział. Moi starzy już śpią i poręczą, że nocowałeś u mnie.

Zakrwawiony młotek ląduje w najbliższym kontenerze na śmieci. Przeczucie graniczące z pewnością – złapią nas, złapią – nie daje mi spokoju. Wszystkich łapią. Niby są wyjątki, ale jakoś ciężko uwierzyć, że się do nich zaliczymy.

– Nie złapią – powtarza Tomek. – Zobaczysz, że nie złapią.

A jednak – złapali. Osądzili. Tomek dostał podwójne dożywocie – po jednym za każdą ofiarę. Ja też. Apelacją wywalczyłem dwadzieścia pięć lat.


Co sądzicie o tym opowiadaniu? Zapraszam do komentowania.

Please follow and like us: